Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metody. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Nowy plan nauki i pomysły pracy z magazynami Colorful Media

Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów

Bardzo lubię, gdy coś, co przeczytam, daje mi zupełnie nowy punkt widzenia na pewne sprawy. Konfrontacja z kimś o innych poglądach może poszerzyć horyzonty.

Dziś będzie znów o postanowieniach noworocznych :) Nie, nie o postanowieniach. O moim nowym planie nauki. To, o czym pisałam poprzednio, możecie puścić w zapomnienie. Długoterminowe plany są po prostu do kitu! Kto by tyle wytrzymał i w ogóle po co się tak uwiązać na długi czas? Najlepsza droga to małymi kroczkami do celu. Sumiennie i systematycznie. Właściwie to każdy kolejny krok niech będzie celem sam w sobie, o!

Bo kobieta zmienną jest

Ponieważ styczeń w blogowym świecie to zdecydowanie miesiąc postanowień noworocznych, trochę poczytałam w tym temacie. Natrafiłam na wiele artykułów sugerujących planowanie na krótsze odcinki czasu niż cały rok czy nawet kilka miesięcy. Zdecydowanie nacisk położony był na to, by swoich planów po prostu się trzymać, bez względu na czas, na jaki je podjęliśmy.

Mój rozkład jazdy jest prosty i opiera się nie na ilości materiału, kolejnych rozdziałach czy przedziałach czasowych, ale na systematyczności. Będę nadal pracować z "Pa vei" i Memrise oraz innymi dostępnymi źródłami, ale bez ograniczania się żadnymi SMART celami. Podstawą nowego planu jest codzienna praca, czyli każdego dnia coś. Nie ma znaczenia, czy to będzie pół rozdziału czy tylko jedna czytanka, praca z podręcznikiem czy jedynie powtórka ma Memrise. 

Chcę w sobie wyrobić nawyk codziennej nauki, dlatego zmuszanie się do wytężonej czy długiej pracy, gdy akurat nie mam na to siły, byłoby podcięciem skrzydeł sobie samej. Za to jeśli mimo zmęczenia czy spadku energii zrobię cokolwiek, będę z siebie dumna, a to z kolei zmotywuje mnie do takiego samego podejścia kolejnego gorszego dnia. 

Kolejne numery wydawnictwa Colorful Media już w sprzedaży!

Na koniec moja propozycja pracy z magazynami językowymi. Jak wiecie, wiele artykułów ma też nagrania, które są dostępne na internecie. Naprawdę można je wykorzystać na wiele sposobów. 



Dla zaawansowanych

Angielski znam na bardzo dobrym poziomie i z reguły rozumienie ze słuchu nie sprawia mi problemów, dlatego nagrania z "Business English Magazine" wykorzystuję głównie w pierwszej kolejności, przed przeczytaniem tekstów. Razem z drugą osobą, również znającą ten język, można zrobić wywiad: najpierw posłuchajcie wspólnie nagrania, a następnie przeprowadźcie ze sobą rozmowę. Pracując w pojedynkę, można wysłuchać nagrania, a następnie go streścić. Dla osób zainteresowanych tłumaczeniem na żywo, można się zabawić w tłumacza konsekutywnego (tłumaczenie następujące po wypowiedzi) lub symultanicznego (tłumaczenie równoczesne). Można także co jakiś czas zatrzymywać nagrania i spróbować je powtarzać.

Dla średniozaawansowanych

Mój poziom francuskiego nie jest na tyle wysoki, aby samo słuchanie wystarczało i nie stanowiło problemu. Mam dwa sposoby pracy z "Francais Present". W pierwszym najpierw słuchać nagrania i próbuję zrozumieć, o czym był tekst. Później słuchać oczywiście drugi lub nawet trzeci raz. Często zatrzymuję i również staram się powtarzać lub sparafrazować to, co usłyszałam. Następnie czytam tekst i wyszukuję słówka. Często pracuję też w odwrotnej kolejności: zaczynam od przeczytania tekstu, aby wiedzieć, o czym jest i wyjaśnić słownictwo. Słuchając, śledzę tekst i zapisuję wymowę, by przy kolejnym odsłuchaniu czytać razem z lektorem lub zatrzymywać nagranie i czytać za lektorem. Jeśli mam więcej czasu i sił, to również sama ze sobą przeprowadzam dialog, zadając pytania do tekstu i udzielając odpowiedzi. 

A jakie tematy znajdziecie w najnowszych wydaniach magazynów, które Wam polecam? W "Business English Magazine" znajdziemy same tematy na czasie: referendum w Szkocji, energia geotermalna, Brazylia pod rządami pani prezydent Dilmy Rousseff. Mnie jak zwykle bardzo zaciekawiły portrety ludzi ze świata biznesu: miliardera Sheldona Adelsona oraz kolumbijskiej gwiazdy Sofi Vergary. Polecam także bardzo ciekawy artykuł nt. franchisingu, który staję się coraz bardziej popularny w naszym kraju. W "Francais Present" znajdziecie ciekawe artykuły o francuskiej kuchni oraz o mieście Nancy (z polskim akcentem w tle). Mnie zaciekawił także tekst o nowej komedii o polskim tytule "Za jakie grzechy, dobry Boże?" Mam ochotę przejść się do kina!


piątek, 14 listopada 2014

"Francais Present" i bogactwa Internetu

Jakiś czas temu (tutaj) przedstawiłam Wam krótko czasopisma dla uczących się języków obcych, wydawnictwa Colorful Media. Spośród kilku dostępnych, dla siebie wybrałam "Francais Present" i "English Business Magazine". Odkąd je czytam, nauka stała się o wiele przyjemniejsza, poszerzyły się moje językowe horyzonty oraz wiedza na tematy z różnych dziedzin, a także odkryłam nowe możliwości i sposoby nauki języka. Dziś zapraszam na pierwszy wpis z obiecanymi sposobami na naukę z wykorzystaniem tych czasopism.

Mój poziom znajomości francuskiego mogę ocenić na średniozaawansowany, dlatego zaproponowane przeze mnie ćwiczenia dla początkujących mogą okazać się za trudne, a dla zaawansowanych zbyt łatwe. Pamiętajcie jednak, że "Francais Present" to magazyn dla każdego uczącego się tego języka, bez względu na poziom. Wystarczy jedynie dostosować prace z nim do swoich umiejętności i oczekiwań. A jeśli nie macie na to ochoty, to samo przeczytanie artykułów też da Wam dobre rezultaty, dużo przyjemności i nową wiedzę :)




Dziś na tapecie wpisy, do których nie ma nagrań. Z jednej strony wychodzę z założenia, że języka potrzebujemy głównie do tego, by porozumiewać się w nim ustnie, z drugiej jednak mam zdecydowaną preferencję do słowa pisanego. Czy rozumienie ze słuchu nie sprawia nam problemów, czy jest to kompetencja, nad którą musimy popracować, słuchanie nagrań w języku obcym jest wskazane.

Dla wielbicieli kuchni - przepisy

Rzuciwszy okiem na tytuł pierwszego artykułu nabrałam przekonania, że poznam jakąś nową francuską potrawę. Jakież było moje zdziwienie, gdy tytułowy le croque-monsieur okazał się dobrze nam znanym... tostem :) Niemniej jednak historia tej prostej potrawy okazała się naprawdę niebanalna. 

Ponieważ uwielbiam oglądać gotowanie na ekranie, zaczęłam poszukiwać filmików z przepisem po francusku. Na YT jest ich całe mnóstwo. Jest to świetny sposób poznwania kulinarnego i kuchennego słownictwa. Przepisy z reguły nie są skomplikowane językowo, dużo można się domyślić patrząc na czynności gotującego, no i często składniki są napisane na ekranie. Jutro na obiad koniecznie coś z francuskiej kuchni! :)

Dla chętnych zagłębić się w historię le croque-monsieur i trochę bardziej zaawansowanych językowo - polecam ten filmik.

Uwaga drogie panie - mamy też swoją wersję tosta :) Tutaj zobaczcie, czym wyróżnia się le croque-madame :)


Dla fanów kina - filmy i wywiady

Kto nie zna Louis de Funes? Kto nie kojarzy filmu "Zawieszeni na drzewie"? Kto choćby raz nie oglądał go w serii filmów o Fantomasie czy w "Wielkiej włóczędze" (przez 42 najchętniej oglądany film francuski!)? Komu udało się powstrzymać od śmiechu na widok komicznego żandarma Cruchot z Saint-Tropez? Nie widzę rąk ;) Ten aktor to prawdziwa legenda. Jednak oglądając go w akcji następnym razem polecam skupić się również na tym, co i jak mówi. Nic nie szkodzi, jeśli nie wyłapiemy słówek za pierwszym razem. Przecież te komedie można oglądać znów i znów i znów.... W ten sposób łączymy przyjemne z pożytecznym.

A jaki był prawdziwy Louis de Funes? Na YT można znaleźć wywiady z aktorem. Obejrzyjcie i sami to stwierdźcie. A może sami ze sobą lub znajomym przeprowadzicie wywiad?


Dla ciekawych świata - wiadomości

Co słychać we francuskiej i belgijskiej polityce? Polecam zajrzeć do "Francais Present" :) Gdy mam lepszy dzień, bardzo chętnie zaglądam na stronę francuskiej telewizji, np. France TV. Chociaż ciężko mi zrozumieć wiadomości, często wyłapuję słówka, nowe lub te niedawno poznane, a także osłuchuję się z melodią języka, akcentem. Informacja czy reportaże opatrzone są komentarzem na dole ekranu, co pomaga zrozumieć ogólny kontekst czy poznać nowe słówka.

Na stronie TV5 jest także dział dla mniej zaawansowanych. Tutaj znajdziecie wiadomości przedstawianie łatwiejszym językiem i w wolniejszym tempie. 

Oglądanie wiadomości pozwala nam poznać prawdziwy język używany przez native speakerów. Oprócz idealnej francuszczyzny prezenterów mamy możliwość posłuchać także przeciętnych Francuzów wypowiadających się w reportażach. Następnym skutkiem są także nasze poszerzające się horyzonty i świadomość sytuacji, problemów i codzienności ludzi w obcym kraju.

Świetnym ćwiczeniem jest streszczanie wydarzeń dnia. Mogą to być wiadomości z telewizji francuskiej bądź polskiej, lub z Waszego dnia. 


Jeśli macie ciekawe linki, podzielcie się nimi. A już następnym razem kolejna porcja pomysłów na ćwiczenie innych umiejętności.  




poniedziałek, 15 września 2014

Co czytać? "Francais Present", "Business English Magazine" i nie tylko

W przedostatnim wpisie "A co z francuskim??" wspomniałam o jeszcze jednym sposobie na odświeżenie mojej znajomości z tym pięknym językiem. Oto i on:




Gdy dostałam propozycję od wydawnictwa Colorful Media, pomyślałam: "Dokładnie tego mi trzeba!" Moje słownictwo jest na dość niezłym poziomie, znam też większość zagadnień gramatycznych. Na pewno sporo zapomniałam, ale teraz to kwestia przypomnienia, nie nauki. Z tego powodu chcę uniknąć celowego przesiadywania nad kserówkami i książkami do gramatyki dla samego wkuwania kolejnych porcji materiału (po raz drugi czy kolejny). Od razu pomyślałam, że francuskojęzyczne czasopismo jest strzałem w dziesiątkę i pomoże mi pracować nad tym, co jest obecnie moim priorytetem, czyli głównie odświeżenie i podtrzymanie, a także stopniowe poszerzanie znajomości języka.

"Francais Present" to kwartalnik. Ostatnie wydanie zawiera dokładnie 12 artykułów, co przy jednym artykule tygodniowo daje aż siedem dni na przeczytanie i spokojną pracę nad słownictwem i strukturami gramatycznymi. Tematyka jest naprawdę rozległa: od aktualności z Europy i świata, przez tematykę społeczną, po zagadnienia z kultury i geografii Francji. Magazyn jest nie tylko świetną pomocą w nauce, ale też źródłem informacji i wiedzy. 

Zachwycona nowym nabytkiem, niczym dziecko pochłonęłam w ekspresowym tempie kilka artykułów. Najbardziej zainteresowały mnie poniższe:
  • "La pole dance: bataille difficile contre les préjugés" - o tańcu na rurze, czyli nierównej walce z uprzedzeniami (czy wiecie, że początki tego sportu sięgają XII wieku?),
  • "Les mystères de la Vénus de Milo" - o jednej z najbardziej rozpoznawalnych i najsłynniejszych rzeźb świata (czy jednak narawdę ją znamy?).
  • "Amiens: capitale picarde et art gothique" - o położonym w północnej Francji mieście Amiens, nad którym góruje wspaniała gotycka katedra,
  • oraz temat z okładki: "Peut-on vivre 100% français au XXIème siècle?" - co znaczy  żyć 100% po francusku w czasach międzynarodowego handlu, masowego przemieszczania i mieszania się kultur?
Wręcz nie mogę się doczekać kolejnego numeru! Tutaj możecie podejrzeć spis treści. Czy też już jesteście tak samo niecierpliwi, by go mieć? :)

Od Colorful Media dostałam także dwumiesięcznik "Business English Magazine". W nim znajdziemy znacznie więcej artykułów, a ich tematyka jest ściśle związana z językiem biznesowym. Autorzy nie skupiają się jednak na Wielkiej Brytanii, więc możemy przeczytać zarówno o międzynarodowych koncernach, jak i o sytuacji na rynku mieszkań w Polsce czy rozwoju ekonomicznym... Mongolii. Nie mogłam jednak zacząć od innego artykułu niż ten o europejskiej gwieździe Północy, czyli Norwegii :) Najbardziej zainteresowały mnie historie Kathrin Menges, businesswoman, która pracę w edukacji z sukcesem zamieniła na karierę w Human Resources, i Warrena Buffetta, uważanego za jednego z najlepszych inwestorów na świecie. W końcu kto nie lubi czytać opowieści z happy endem ;) Oprócz tego w "Business English Magazine" znajdziemy profile firm (np. producenta kremu w niebieskim opakowaniu z białym napisem - chyba nie muszę podawać nazwy;)), porady dla początkujących biznesmenów, a także sekcję ze słownictwem biznesowym (rozmówki, test). "BEM" to magazyn dla uczących się angielskiego na poziomie B1-B2, ale także dla wszystkich interesujących się tematyką biznesu.



Fantastycznym dodatkiem do artykułów jest możliwość odsłuchania ich. W tym celu trzeba zakupić magazyn, wejść na stronę internetową i wpisać kod podany przy artykule. Pobrać można także dodatek do "BEM" - również poprzez kod. Tematem obecnego wydania jest coaching, następnego - moda w biznesie.

Planuję i postaram się napisać za jakiś czas, jak uczę się z pomocą magazynów Wydawnictwa Colorful Media. Może czymś Was zainspiruję.

Oferta Colorful Media obejmuje kilka innych czasopism, możecie ją sprawdzić na stronie Wydawnictwa. Jestem przekonana, że każdy poliglota znajdzie tam coś dla siebie. Mnie  kusi też "Deutch Aktuell" - może dzięki niemu łaskawszym okiem spojrzałabym na język niemiecki? Póki co pozostaje mi mieć nadzieję, że kiedyś powstanie także magazyn z myślą o uczących się języka norweskiego. A tymczasem wracam do lektury :)

niedziela, 7 września 2014

Subiektywnie o tym, jak zacząć - część 2

O wyborze materiałów i pomocy do nauki (podręczniki)

Jest to bardzo ważna kwestia i każdy, kto zamierza systematycznie uczyć się języka, powinien podejść do tego tematu z namysłem i rozsądkiem. O ile nie mieszkamy w kraju, gdzie mówi się naszym językiem docelowym, nie nauczymy się go bez materiałów i pomocy.

Ponieważ jak nazwa cyklu wskazuje, i tym razem odwołam się do własnych doświadczeń. W nauce angielskiego to właśnie materiały zaważyły na moim wieloletnim związku z tym językiem. Za czasów kiedy byłam dzieckiem, naukę języka rozpoczynało się dopiero w 4 klasie podstawówki. Mogłam mieć może z 6-7 lat, kiedy od św. Mikołaja dostałam zestaw książka plus podręcznik "Flying Start". Ileż ja godzin spędziłam na przeglądaniu mojej pierwszej angielskiej czytanki! Wspaniałe kolorowe (ale nie do przesady) obrazki, scenki niczym wyjęte z życia. Ten kurs zapoczątkował moją fascynację językiem angielskim i z sentymentu mam go do dziś. Później bazowałam już głównie na materiałach zapewnianych bądź wymaganych przez szkoły.

Jak już wspominałam na blogu, mój pierwotny plan nauki norweskiego zakładał całkowite oparcie się na materiałach dostępnych w Internecie, z małym dodatkiem w postaci książki wydawnictwa Edgard. Niestety ta opcja zupełnie nie wypaliła. Faktem jest, że norweski to jednak mało popularny język i na pewno łatwiej znaleźć coś uczącym się np. angielskiego czy niemieckiego. Wśród tego, co znalazłam, były wartościowe pozycje, ale zawsze miały jakiś minus: albo obejmowały tylko niewielkie partie materiału, czasem tylko je sygnalizując, albo nagle się urywały bez kontynuacji, albo miały w sobie błędy. Wszystko to niestety odbierało mi zapał do intensywnej, systematycznej pracy.

Poszłam więc po rozum do głowy i zaczęłam kolekcjonować podręczniki: "Pa vei", "Stein pa stein" i inne. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że moja nauka norweskiego zaczęła się wraz z pierwszym rozdziałem. Zaczęłam wtedy systematycznie, całościowo pracować nad językiem. Rozwijam zarówno pisanie/czytanie, jak i mówienie/słuchanie, a także przyswajam gramatykę. Brakuje tylko osoby, która mogłaby poprawiać moje ewentualne błędy, ale i na to są sposoby dla ludzi decydujących się na samodzielną naukę. 


Wielu znanych poliglotów poleca podręczniki napisane i wydane w kraju, gdzie nasz język docelowy jest oficjalnym. Zdecydowanie podpisuję się pod taka rekomendacją. Przede wszystkim nie znajdziemy tam ani słowa po polsku, wszystkie polecenia są w języku docelowym, co zmusza nas do intensywniejszej pracy, ale też pomaga lepiej wczuć się w język, "wciągnąć" tak, by stał się on dla nas prawie naturalny. Ponadto, co może jest jeszcze ważniejsze, ustrzeżemy się tłumaczeń, które niestety zaatakują nas z podręczników polskich wydawnictw. Na pewno na niższych poziomach nauki takie podane na tacy wyjaśnienie słów czy gramatyki jawi się jako pomoc w szybszym zrozumieniu i opanowaniu materiału. Niestety taka droga na skróty nie zawsze popłaca. Według mnie lepiej na początku włożyć w naukę trochę więcej wysiłku, by później w pełni móc cieszyć się efektami.



Co do kwestii wyboru konkretnego kursu - jest to sprawa indywidualna. Podręcznik musi się nam po prostu spodobać. Może też być tak, że na początku nas nie zachęci, ale stopniowo zyska naszą przyjaźń. Gdy uczymy się mało popularnego języka, duże znaczenie ma też dostępność i cena książek. 

Moje podręczniki do norweskiego

Powyżej zamieściłam zdjęcia bodajże najpopularniejszych kursów (mogą to być okładki starszych wydań). Ja zaczęłam od "Pa vei", później zamierzam kontynuować z "Stein pa stein", a następnie "Her pa berget". Jednak dla porównania chciałabym też przejść przez "Ny i Norge" i "Nokler til Norge" (jest jeszcze "Bo i Norge", ale ciężko mi ustalić poziom tego podręcznika, z tego co wiem, to "Ny i Norge" jest dla początkujących). Na pewno pojawią się na blogu  moje recenzje podręczników, z których korzystam. Póki co jestem zadowolona z "Pa vei". Gdyby ktoś był zainteresowany, to chętnie podam jakieś szczegóły na mailu lub w komentarzach.


niedziela, 24 sierpnia 2014

Dobrodziejstwa Internetu - YouTube

Czasów tak idealnych do nauki języków, jak teraz, nigdy wcześniej nie było. Internet jest niezmierzonym źródłem pomocy, materiałów i inspiracji (o ile mądrze się spośród tej mnogości wybiera). Na czele stoi YT. Ja w nauce norweskiego korzystam z niego na kilka sposobów.

lekcje

Karen (Crienexzy) już dawno temu, jako nastolatka zaczęła nagrywać i publikować swoje proste, krótkie filmiki, w których prezentowała norweskie wyrażenia i słówka. Widzę, że teraz wraca jako nauczyciel norweskiego.


muzyka

Kto jest najsłynniejszym skrzypkiem z Norwegii?


bajki :)

Niedawno znalazłam bajkę o listonoszu Pacie... z napisami!! Prawie skakałam z radości ;)



Coś dla bardziej zaawansowanych, czyli Kubuś Puchatek bez napisów:


piosenki dla dzieci

Dla mniej zaawansowanych - z tekstem:



I dla bardziej zaawansowanych, cała playlista (niektóre z tekstami):


Miłej zabawy :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Subiektywnie o tym, jak zacząć - część1

O szukaniu motywacji w sieci

Wszyscy wiemy, że najgorzej jest zacząć... Jak śpiewała Anna Jantar: "najtrudniejszy pierwszy krok, za nim innych zrobisz sto". Jak się już ruszy, to później jakoś idzie.

Długo się zbierałam, oj baaaardzo długo. Do powrotu do ćwiczeń to nawet jakieś... 3 lata??



Godzinami, dniami i nocami, przesiadywałam nad laptopem w poszukiwaniu inspiracji i motywacji. Pudło! O ile przeczytałam całe mnóstwo interesujących i naprawdę mądrych rzeczy (pomiędzy całą masą bzdur), to i tak w końcu sama doszłam do najważniejszej konkluzji: tak długo, jak będę myśleć o zaczynaniu i je planować, tak długo nie zacznę. Blogi i wszelakie internetowe porady są cennym źródłem inspiracji i pomysłów, mogą nas naprowadzić na właściwe drogi, podpowiedzieć, nakierować, podsunąć rozwiązanie. Ja jednak grubo przesadziłam, bo skupiłam się na poszukiwaniach, aż można powiedzieć, że zabłądziłam. Straciłam całą masę cennego czasu. Na szczęście teraz już potrafię dobrze wybrać - przynajmniej taką mam nadzieję :)

Dlatego z całego serca odradzam zbyt długie i częste wizyty na blogach o motywacji, nauce języków itp. Na przykład Fluent in 3 Months, które kiedyś mnie samą zachwyciło - Benny raczy nas ciekawymi wpisami, na pewno zna się na temacie, ale dlaczego tak bardzo lubi się rozpisywać? Wygląda to więc tak, że spędzam dobre kilkanaście minut na czytaniu, a przecież w tym samym czasie mogłabym przeczytać dowolny, choćby krótki tekst w moim docelowym języku, może nawet odsłuchując równocześnie nagranie, poznać nowe słowo czy wyrażenie, znaleźć wymowę, odmianę i przykłady w słowniku. Ale w efekcie wiem o kolejnej, świetnej i niezawodnej metodzie nauki, o której po chwili i tak zapominam...

Całkiem niedawno (ach, dlaczego tak późno!) trafiłam na innego świetnego bloga pewnej poliglotki z Austrii i natychmiast stałam się jej fanką. Wpis o rozpoczynaniu językowych projektów stał się dla mnie inspiracją do ponownego przemyślenia mojego planu nauki norweskiego. Ale i w tym przypadku zalecam rozwagę i przemyślane czytanie. Autorka bardzo chętnie angażuje się w kolejne, własne projekty, np. naukę rosyjskiego poprzez polski, testuje metody, podsumowuje swoje obserwacje i efekty. 

Czytać czy nie czytać motywacyjne blogi? Ależ czytać :) Ale wybiórczo, nie jak leci, nie każdy wpis. Jeśli temat mnie nie interesuje lub nie uważam, że jest relewantny dla mnie, pomijam i nie marnuję czasu. Śledzenie historii kogoś, komu się udało, kto odniósł sukces, jest z pewnością fascynujące, ale chyba nie taki cel nam przyświeca. Przecież chcemy uczyć się języka

Lubię konkrety. Dlatego polecam, nie tylko na wieczór, strony takie, jak Nocna Sowa. Znajdziemy tam przede wszystkim objaśnienia zagadnień gramatycznych poparte przykładami, a do nich ćwiczenia. Autorzy sumiennie odpisują na komentarze, z których też wiele można się dowiedzieć. Pozostałe wpisy traktują o motywacji, ale są raczej dodatkiem, nie ideą przewodnią bloga. Również facebookowy profil Sowy jest źródłem językowych ciekawostek. Teraz autorzy pracują nad interaktywnym podręcznikiem, jestem go bardzo ciekawa. Właśnie takich miejsc w sieci szukajcie!

czwartek, 20 marca 2014

Otaczanie się językiem

Jak już wspominałam w kilku poprzednich wpisach (np. przy okazji poruszania tematu ćwiczenia umiejętności mówienia oraz w poście o Chrisie Lonsdale), najszybszym sposobem na "złapanie" języka obcego jest wyjazd do kraju, w którym się nim mówi, na przynajmniej pół roku. Język bombarduje nas wtedy zewsząd: na ulicy, w sklepie, w autobusie, płynie z radia i telewizora. Automatycznie przestawiamy się na myślenie w tym języku. Widzę to na przykładzie norweskiego: to, że przebywałam w Norwegii, otwarło mnie bardzo na język. Nie bałam się i/bo musiałam mówić, chociaż język znałam wtedy ledwo-ledwo. Dodatkowo motywowało mnie, gdy w codziennej sytuacji wyłapałam i zrozumiałam lub mogłam powiedzieć jakieś słówko, którego się nauczyłam. I na odwrót: wiele słówek czy wyrażeń łatwiej było mi zapamiętać, bo wcześniej gdzieś je usłyszałam i chociaż wtedy były niezrozumiałe, teraz stały się znajome (jak np. strony prawa i lewa - w lokalnym pociągu pani z megafonu mówi coś takiego: "Proszę wysiadać lewą/prawą stroną" - to było jedno z moich pierwszych "odkryć").

Nie zawsze jednak mamy możliwość wyjazdu. Gdy wskoczymy już na pewien poziom znajomości języka, przychodzi moment, gdy chcemy po prostu zacząć go używać w prawdziwej komunikacji, a nie tylko na potrzeby ćwiczeń. Dla mnie taki moment właśnie nadszedł. Po francusku chciałabym jak najwięcej słuchać i mówić. Czuję, że znam na tyle gramatykę i słownictwo, że jestem na to gotowa. Jeśli tego nie zrobię, stanę w miejscu lub, co gorsza, zacznę się cofać. Postanowiłam więc zrobić sobie taką "małą Francję" w domu. Oto moje pomysły:

1. Na meblach przykleiłam sobie karteczki ze słówkami lub wyrażeniami. Czasem jest to nazwa tego mebla, czasami czynność, jaka się z nim kojarzy, kolor, materiał. Co jakiś czas wymieniam je na nowe. Oznaczyłam też i opisałam kierunki w domu, czyli w prawo, w lewo, w dół - wygląda tu teraz trochę jak na dworcu ;)

2. Zmieniłam język facebooka na francuski. W pierwszej chwili wpadłam w panikę, bo cały fb zrobił się taki skomplikowany! Byłam przekonana, ze to już koniec, bo teraz przecież nie znajdę nawet, jak cofnąć zmianę. Ale szybko przywykłam i przestało to być problemem :) Przecież gdybym wyjechała do Francji, też mało co byłoby jasne i proste.

3. Słucham francuskiego radia. Staram się zawsze, gdy tylko mogę: rano, wieczorem, w weekendy. Chętniej też oglądam wiadomości z Francji niż te w polskiej tv. Nie skupiam się wtedy na tych wszystkich tragediach, a na rozumieniu ze słuchu, wyłapywaniu wyrażeń, wymowie, akcentowaniu.

4. Czytam francuskie gazety - tak, jakbym była we Francji. Mam tu na myśli magazyn LCF, który pojawił się na mojej liście linków do nauki francuskiego. Najczęściej drukuję jakiś fragment, bo czytanie drobnego maczku na ekranie laptopa to zbrodnia przeciwko moim oczom. To daje mi też możliwość podkreślania czy robienia zapisków na tekście lub obok niego. Żeby było zabawniej i nie tak poważnie, to czasem w soboty lub niedziele staram się też zjeść takie "francuskie śniadanie" - croissant z dżemem, kawa (Inka ;)). Niech to będzie zabawa :)

5. Gadam po francusku. Do siebie i do rodziny (chociaż nikt nie zna tego języka, więc nie rozumieją mnie w ząb - ale może już zaczynają?). O wszystkim, co mi wpadnie do głowy: nazywam rzeczy dookoła, powtarzam poznane wyrażenia, opowiadam o minionym dniu. Najśmieszniej jest, gdy np. do mamy chwalę obiad, pytam o coś (nawet gdy znam odpowiedź), okazuję radość lub zadziwienie. Rodzina myśli, że zbzikowałam, ale zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni ;) Bardziej skomplikowane wypowiedzi pozostawiam już dla siebie samej, w końcu nie muszą słyszeć, jak stękam i dukam. Lubię wtedy usiąść przed lustrem i opowiadam o czymś (np. o przeczytanym artykule, obejrzanych wiadomościach, minionym dniu). Jeśli czas goni, to przed snem staram się chociaż w myślach coś sobie odpowiedzieć krótkiego.

Jak wspominałam poprzednio, postanowiłam skupić się na nauce norweskiego. Te powyższe sposoby na taką drobną obecność francuskiego mają zrekompensować brak czasu na porządną naukę tego języka. Cóż, moja doba jednak nie chce się rozciągnąć. 

Też się tak uczycie? Jak to wygląda u Was? Bardzo chętnie poznam Wasze pomysły.


sobota, 18 stycznia 2014

Słownictwo i gramatyka: fiszki

Fiszki (ang. flashcards) to bardzo popularna metoda nauki słówek, polecana chyba przez większość osób uczących się języków obcych. Polega na zapisywaniu słówka lub wyrażenia w języku obcym na jednej stronie małej kartki i jego tłumaczenia na nasz język na drugiej.

Wersja elektroniczna

Anki - to chyba najpopularniejsze oprogramowanie do nauki słówek. Można korzystać ze stworzonych już baz lub utworzyć swoją. Istnieje też wersja na smartfony - AnkiDroid. Mam ochotę ją wypróbować.
Inne oprogramowania do powtórek słownictwa to SuperMemo i Mnemosyne. Jednak  nich również nie korzystałam. Jeśli się kiedyś skuszę, to napiszę więcej.

Wersja papierowa

Jestem tradycjonalistką i forma papierowa ma dla mnie wyższość nad elektroniczną. To dotyczy także fiszek. Moje wyglądają tak (zrobione na kartkach z odzysku):



Dlaczego wolę te papierowe? 
  • są dostępne zawsze i wszędzie (o ile ich nie zapomnę),
  • nie potrzebuję dostępu do komputera - teraz dzielimy z mężem jednego laptopa, więc gdy on z niego korzysta, ja robię powtórki,
  • gdy piszę coś ręcznie, też się uczę i w dodatku zapamiętuję lepiej niż coś napisanego na komputerze,
  • mogę robić dodatkowe notatki, rysunki, poprawki,
  • patrzenie w kartkę jest chyba jednak mniej szkodliwe dla oczu niż w telefon czy jeszcze gorzej laptopa.

Staram się zawsze zapisywać całe zdania lub wyrażenia, nie pojedyncze słowa. W przyszłości, gdy poznam więcej słów, zamierzam zapisywać nie tłumaczenie na polski, a opis w języku norweskim (przynajmniej tam, gdzie to możliwe).

Zalety fiszek:
1. Tworząc je sami, już się uczymy.
2. Nauka i powtórka idzie bardzo szybko.
3. Zmieniając kolejność kart, mamy pewność, że nie zapamiętujemy słówek tylko na podstawie kolejności (jak to ma miejsce w przypadku list słów, znanych każdemu ze szkoły). 

Wady fiszek:
1. Noszenie ich ze sobą może być kłopotliwe (wiadomo, plik fruwających kartek) - o ile w ogóle pamięta się, by je zabrać ze sobą.
2. Nauka jest dość mechaniczna i może nudzić, dlatego polecam stosować też inne sposoby (o których niedługo napiszę).